Komiksowe wykłady o teoriach spiskowych
Autor:
Rafał 'Capricornus' ŚliwiakRedakcja: Klaudia 'Villdeo' Izdebska

Jak głosi starożytne chińskie przysłowie:
"Jeden obraz wart więcej niż tysiąc słów". Wydawałoby się więc, że nie ma nic łatwiejszego niż przekładanie słów na obrazy. W praktyce okazuje się jednak, że sztuka ta jest trudna, bo wymaga od twórcy równoczesnego posługiwania się wyobraźnią literacką i plastyczną.
Opowiadanie obrazem ma swoje prawa
W tym miejscu warto przywołać konkretny przykład tego, że nie każdy, kto się za obrazowanie słowa bierze, sztukę ową opanował w stopniu dostatecznym. Oto pierwsze kadry ostatniej ekranizacji Sienkiewiczowskiego
Quo vadis?: Winicjusz opowiada Petroniuszowi o swoich przygodach. Aż się prosi, aby owa słowna opowieść została zilustrowana stosownymi obrazami rzeczonych przygód. Ale gdzież tam, widzimy jedynie dwie gadające głowy, toczące nudny dialog, a obrazy musimy wyobrażać sobie sami. Zupełnie jakbyśmy mieli do czynienia z literaturą, a przecież oglądamy film.
Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Niestety, podobny błąd popełnił scenarzysta komiksu
Wydział Lincoln, Emmanuel Herzet. W całym albumie dominują kadry z gadającymi głowami i wciąż ktoś komuś coś opowiada – zwykle jednak słowami, nie obrazem. Szczególnie widoczne jest to w drugim z czterech albumów, opublikowanych w zbiorczym wydaniu serii.
Być może oto powód, dlaczego w całej – z założenia sensacyjnej – historii brakuje napięcia. Pojawia się ono epizodycznie w tych scenach, w których akcja zastępuje dialogi czy wręcz monolog opowiadającego. A chciałoby się, żeby dramaturgii było więcej, bo sama materia twórcza, na której oparł się scenarzysta, wydaje się do tego stworzona.
Przeszłość nie daje za wygraną
Głównym bohaterem komiksu jest Ted Voss, młodzieniec pokroju... Largo Wincha. Podobnie jak ten ostatni, Ted nieoczekiwanie staje się spadkobiercą rodzinnej fortuny (aczkolwiek znacznie skromniejszej). Gromadzenie owego majątku zapoczątkował w niezbyt chwalebnych okolicznościach prapradziadek bohatera. Po śmierci ojca, Ted zaczyna poznawać rodzinne tajemnice, które okazują się być ściśle powiązane z globalnymi operacjami gospodarczymi oraz polityczno-militarnymi, działalnością tajnych stowarzyszeń i spiskami na szczytach władzy.
Okazuje się, że wiele takich spraw z odległej przeszłości wcale nie zostało zakończonych. Ted zostaje wciągnięty w brutalną rozgrywkę, w której różne tajne i bardzo tajne organizacje chcą wejść w posiadanie tajemniczych, zapisanych szyfrem notatników, znalezionych przez bohatera wśród rzeczy ojca. W nieuniknionym starciu z przeszłością młodzieniec trafia na coraz to nowych wrogów i nielicznych sprzymierzeńców. Wśród tych ostatnich uwagę zwraca piękna dziennikarka, która w swoim dorobku – bynajmniej nie dziennikarskim – ma tytuł Miss Ameryki.
Debiut rysownika całkiem udany
W ramach fabuły znajdziemy pełen zestaw zwyczajowych atrakcji: pościgi, strzelaniny, porwania, teorie spiskowe, zagadki przeszłości, wątek miłosny. Ze składników tych jednak – jako się rzekło – Herzet nie przyrządza potrawy wyśmienitej, a raczej zaledwie strawną. Potencjał historii pozostaje w dużym stopniu niewykorzystany, podobnie jak potencjał większości zarysowanych grubą kreską postaci.
Na szczęście rysownik
Wydziału Lincoln robi, co może, żeby uratować
"komiksowość" prezentowanej opowieści, zgubioną przez scenarzystę. A rysownikiem tym jest debiutujący na rynku frankofońskim nasz krajan – Piotr Kowalski. Kiedy tylko udaje mu się wyrwać spod presji rozgadania postaci, serwuje nam szerokie, panoramiczne ujęcia krajobrazów, przestronne kadry pełne szczegółów, dynamiczne sceny walki z bogatym tłem. Swoją starannością zwracają uwagę szczególnie miejskie panoramy.
Kowalski dobrze się czuje w nietypowym kadrowaniu. Rysuje ujęcia z żabiej perspektywy, albo
"strzelone" z biodra, ciekawie wykorzystuje pierwszy plan, gdy właściwą akcję przedstawia na drugim. Nieźle radzi sobie z realistycznym ukazaniem postaci i wyrażaniem przez nie emocji. Krótko mówiąc – prezentuje naprawdę dobre, solidne komiksowe rzemiosło.
Pierwsze kroki zwykle nie są łatwe
Przypisując niedociągnięcia debiutującego scenarzysty jego brakowi doświadczenia w tworzeniu komiksów i belferskim przyzwyczajeniom (Herzet z zawodu jest nauczycielem), pozostaje nam tylko cieszyć się, że kolejny polski rysownik miał okazję pokazać swoje umiejętności na największym europejskim rynku komiksowym. Oczywiście wspólne dzieło obu twórców wypada niezbyt imponująco na tle takich mistrzowskich dokonań komiksu sensacyjnego, jak
Largo Winch czy
XIII, ale jeśli porównamy je z przeciętnymi produkcjami francuskimi, to może okazać się, że jest w stanie do pewnego stopnia się obronić. I, oczywiście, większa w tym zasługa rysownika niż scenarzysty.
Pozostaje mieć nadzieję, że obaj twórcy będą się rozwijać we właściwym kierunku, zaś
Wydział Lincoln pozostanie ich pierwszym krokiem w zawojowaniu świata komiksu. A – jak wiadomo – pierwsze kroki nie zawsze bywają udane, ale zawsze trzeba je wykonać, żeby móc pójść dalej.
Waszym zdaniem...
Dodaj swoją opinię...