Złość komiksowi szkodzi
Autor:
Maciej 'repek' ReputakowskiRedakcja: Michał 'ShpaQ' Laszuk

Niemal rok temu
napisałem, że Garth Ennis ma kilka obsesji. Jedną z nich jest tematyka wojenna, ze szczególnym uwzględnieniem interwencji wielkich mocarstw w różnych miejscach globu. Obsesje niekiedy bywają twórcze, gdy są przypadłością geniusza, który potrafi przekuć je w arcydzieła. Niestety, Ennis ze swoją obsesją ma problem.
Ten problem to wtórność. Bardzo dobrym komiksem z wojną w tle był
Born, w którym udało się w ciekawy sposób odświeżyć postać Franka Castle i pokazać prawdziwy moment narodzin Punishera. Brutalna tematyka wojenna pobrzmiewa również w
Kaznodziei w opowieściach o ojcu Jessego Custera. W miniserii
Fury Ennis postanowił przedstawić w skrócie swoją wizję przyczyn każdego, mniejszego lub większego, konfliktu zbrojnego. Tę dość prostą filozofię, sprowadzającą się do politycznych rozgrywek, wykłada już w trzecim zeszycie za pośrednictwem Rudiego Gagarina. A następnie przechodzi do jej realizacji w praktyce.
Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
W ten sposób w połowie cyklu
Fury staje się klasycznym komiksem akcji. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby i tu nie popełniono grzechu powielania starych wzorców, pośród których pierwszoplanowy zowie się Jeboryjow. Zbieżność imion nieprzypadkowa, a skojarzenia z Gębodupą jak najbardziej usprawiedliwione, gdyż obu bohaterów cechuje podobna fizjonomia. Ennis nie maskuje zresztą autocytatu, wspominając o pewnym chłopcu, który wzorem Kurta Cobaina strzelił sobie w twarz. W odróżnieniu od drugoplanowej postaci z
Kaznodziei, Jeboryjow jest brutalny i uosabia skrajny prymitywizm, który przejmuje władzę nad wszystkimi walczącymi. Groteskowość bohatera była bez wątpienia zamierzona; gorzej, iż przeniosła się również na postaci pierwszoplanowe.
Ludzie pokroju Nicka Fury’ego czy Rudiego Gagarina powinni budzić grozę wynikającą z ich niezłomnej determinacji. Ennis probował podkreślić, iż jej źródłem jest w dużej mierze obsesja czy nawet seksualna frustracja. Przy okazji sprowadził obu antagonistów do poziomu zwierząt, które kopulują ze wszystkim, co na drzewo nie ucieka i nie uwłacza ich męskości. Co gorsza, w miarę rozwoju akcji fabuła zaczyna obracać się wokół zebranego przez Fury’ego oddziału, którego członkowie po kolei giną za dowódcę. Niestety, w drużynie Nicka nie znalazła się ani jedna osoba, która posiadałaby wyrazisty charakter i wzbogacała historię
swoją obecnością. Cała grupa, z wodzem na czele, funkcjonuje w myśl zasady: "robimy swoje, a ponieważ działamy bez fałszywych intencji (czytaj: zabijamy, bo nam każą), to racja jest po naszej stronie". Wiara w słuszność swojego postępowania to kolejny
leitmotiv twórczości ojca
Kaznodziei, który w pierwszym odruchu budzi sympatię do bohatera, lecz na dłuższą metę irytuje. Usprawiedliwianie agresji wyższymi celami to, w przypadku papierowych, płaskich bohaterów, klasyczna
mission impossible.
Największym problemem miniserii
Fury nie jest jednak pełna powtórzeń i zużytych klisz fabuła. Tym problemem jest czas powstania. Tak się bowiem nieszczęśliwie złożyło, iż w temacie wojny Garth Ennis już wcześniej powiedział to, co miał ciekawego do powiedzenia, a niestety zabrakło mu weny, by ugryźć zagadnienie od nowej strony.
Waszym zdaniem...